Szlaga czyta Grassa

Data: od 16 lutego 2021 (co dwa dni)
Miejsce: YouTube artysty Michała Szlagi
Artysta: Michał Szlaga

Zapraszamy do zapoznania się z najnowszym projektem artysty Michała Szlagi.

Kaszuby, turystyczną destynacją? Krainą historyczną? - Czym są? – to pytanie zadawałem sobie często już w późnym dzieciństwie – Dlaczego już wtedy? - Sporo podróżowałem, ciągnęło mnie w Polskę, spotykałem ludzi i dziwiło mnie to, że dziwię ich ja. Pytali jak jest tam? To znaczy tu – na Kaszubach, siłą rzeczy wcześnie musiałem sobie te pytania zadać. Ogólnie i na płytko wiadomo o nas co potrzeba, mamy zapewne czarne podniebienia, dzielimy się na Kaszubów piasku,bagien i lasu, morza. Nasz język częściowo brzmi z niemiecka, zażywamy tabakę, jesteśmy gburowaci, często oceniani jako nieufni, cenimy sobie własną ziemię, dookoła woda, piasek, kamienie, bulwy, bagno... Nasze żarty nie śmieszą wszystkich, czasem spotykałem kogoś, kto wiedział więcej, miał rodzinę na Kaszubach lub mieszkał tu kiedyś – rzadko.

Pierwsze fotografie, jakie zobaczyłem to wiejskie obrazy życia mojej rodziny z początków XX wieku, wyjątkowo piękne i dobre, ponieważ wykonywane z przyjaźni przez zapalonego fotoamatora, gdańskiego pocztowca Feliksa Kloskowskiego żyjącego w ówczesnym Wolnym Mieście Gdańsk, czyli zaledwie godzinę rowerem od ówczesnego centrum życia mojej rodziny jakim było Skrzeszewo wraz ze swoją główną aleją – do dziś po prostu Gassą. Godzinna przejażdżka na zmianę z półtorej-godzinną – ponieważ do rodzinnego Skrzeszewa z Gdańska trzeba wspiąć się na znaczną wyżynę, zaś podróż powrotna w dużej mierze była i jest łatwa i przyjemna – do Gdańska zjeżdżamy w dół. Pierwsze fotografie okolic domu wykonywałem mając dziesięć lat – pasja się rozwinęła, częściej fotografowałem las, bytując w nim cały czas/ żart wewnętrzny – piszę zwrotki po 12 zł od linijki/. Podążam śladami impulsywnych zauroczeń z dzieciństwa, choć o tym nie mówię od kilku lat realizuję olbrzymi projekt, któremu nadałem nazwę Radunia – czym jest? Można w prosty sposób określić go mianem wizualnego badania terenowego wokół 108 kilometrów biegu rzeki. Można też powiedzieć że wizualne media nie są decydujące, fotografia to tylko pretekst aby spróbować wejść na nowo w historię Ojców, Dziadów i ich Pra-ojców. Szukam czegoś dwoistego, z jednej strony bardzo konkretnego i realnego z drugiej czegoś nieuchwytnego - w istnienie czego nigdy wątpiłem, zaś dziś roboczo określam mianem ''Czëc'' – wyjętym z języka kaszubskiego i oznaczającym jednocześnie , czuć, słyszeć, rozumieć – czasem wszystko to razem, a czasem w zależności od okoliczności i wagi sprawy w odniesieniu tylko do zaledwie jednego stanu. Ta druga strona jest trudna do zdefiniowana, mogę określić ją mianem duchowej, lub magicznej – wierzę że tu na Kaszubach pomimo wszystko druga strona też jest realna, nie rozumiałem tego wcześniej, nadal w pełni nie rozumiem - ale nigdy nie zakładałem rozdzielenia tych dwóch światów.

Sednem jest to, że zawsze dobrze się czułem na Pomorzu i nie musiałem sobie tłumaczyć dlaczego – intuicyjnie wiedziałem, że to moje miejsce na ziemi, w którym będę mógł żyć, i z którym będę pracował.

Zatem pytany trzydzieści lat temu o Kaszuby – czułem je – ale nie potrafiłem o tym opowiedzieć – dziś nadal nie potrafię, zakładam jednak, że odsłony Raduni w kolejnych latach pozwolą mi podzielić się szerzej częścią uczuć i odczuć.

Początki Pomorza giną w pomroce prastarych dziejów, stosunkowo dobrze wiadomo jak wyglądało ostatnie tysiąclecie, rozwój Gdańska jest ściśle związany z miejscowymi i niemiejscowymi rodami, te wykształciły nawet w początkowym okresie silne pomorskie księstwa, niektórzy książęta np. szczecińscy nazywali się wprost Książętami Kaszubskimi, miałem swoich DUX, sytuacja się komplikowała mniej lub bardziej, spór między Zakonem Krzyżackim, a innymi możnymi Panami /również niemieckimi/, doprowadził do ukształtowania się osi sporu, który w pewnym sensie, dzięki takim totalnym wydarzeniom jak bitwa pod Grunwaldem i druga bitwa pod Tannenbergiem został określony jako odwieczny konflikt polsko-niemiecki, lub odwieczny konflikt niemiecko – polski, ta myśl trwa do dziś i jest nadal ważną częścią polityki historycznej naszej ojczyzny – Polski. Kaszubskie osadnictwo liczy na tych ziemiach przynajmniej kilkaset lat, ale trzeba pamiętać że na pomorczańskich bagnach osiedlali się i żyli ludzie tysiące lat przed nami Kaszubami, kim byli, co robili, skąd przyszli, dlaczego tutaj? Na te pytania z pewnością sobie nie odpowiemy w pełny sposób, możemy próbować to badać – mnie osobiście interesuje patrzenie na osadnictwo Pomorza bardzo szeroko, znacznie wcześniej niż przyjęliśmy chrześcijaństwo z rąk Ottona. Chciałbym też, aby rok tysięczny nie był rokiem początku wszystkiego, wiemy co działo się w Delcie Nilu np. na dwa tysiące lat przed naszą erą, a nie mamy dostępu do klarownie opracowanej i przekazanej wiedzy o tym co w tym czasie działo się w Delcie Wisły, czy to nie jest upośledzające dla narodu? Warto wiedzieć, móc to interpretować. Tak byłoby najuczciwiej w mojej ocenie.

Wiemy, że dawni Pomorzanie lubili zakładać wioski w miejscach nieprzystępnych, osobliwie bagnistych, delta Wisły była ich domem. Zdrobniane Pełko albo Pełek oznacza/ło/ na Pomorzu miejsce błotniste, zaś jeszcze stosunkowo niedawno ludzie w pewnych miejscach Pomorza określali się Pełkami – ludźmi bagien. Dlaczego mnie to fascynuje? Dziś niektóre z tych osad są całkiem poważnymi miasteczkami i wsiami, jednak są też takie, które zniknęły zupełnie choć były wielkie i ważne. Czytamy o nich jeszcze w przekazach np. z XVII wieku – a dziś nie potrafimy ich nawet zlokalizować. Mam więc tu kilka swoich Atlantyd oraz kilka podobno wymarłych niezwykłych roślin, mamy z Sylwią nadzieję, że kiedyś trafimy na jedną z nich, przyglądamy się błotu uważnie.

Archiwum fotograficzne projektu Radunia liczy już ponad 5 tysięcy obrazów, wyszedłem z rzeki jakiś czas temu i zacząłem studiować słowo pisane.

Rok temu postanowiłem wrócić do "Turbota" Güntera Grassa, pierwszy raz czytałem go będąc nastolatkiem, mieszkałem jeszcze w Kartuzach, drugi raz wróciłem do niego po dekadzie, mieszkałem wtedy na stoczni, kolejny raz w maju ubiegłego roku, tym razem w Warszawie.

Kim jest tytułowy Turbot? – jest prehistoryczną gadającą rybą, jak w dolnoniemieckiej bajce o rybaku i jego żonie autorstwa Philippa Otto Runge, następnie dołączonej do kolekcji bajek Braci Grimm, znamy ją u siebie jako bajkę o Rybaku i złotej rybce.

Turbota, gadającą rybę Grass przedstawia jako wszech czasowego doradcę mężczyzn.

Kim jest Turbot, jaką dokładnie rybą? Miałem pewien problem z odpowiedzią na to pytanie, znałem tylko kuzynki Turbota, flądry, na patelni mieściły się zazwyczaj dwie – zaś Turbot zgodnie z opisem jest znacznie większy, przynajmniej pięćdziesięcio centymetrowy. Same flądrokształtne to kilkanaście gatunków, znamy płastugokształtne, płastugi, bokopływy – odważnym powiem - internet stoi otworem – uważam jednak że to swoista puszka pandory. Zwracam też uwagę na nazewnictwo – nawet w basenie naszego morza nie jest ujednolicone. Grassowi z pewnością chodziło o rybę, którą zna jako Der Butt.

Co łączy tę wielką familię płastug? W trakcie przeobrażania się w postać dorosłą jedna strona ciała rozwija się szybciej, ta deformacja ma doprowadzić do tego że mniej lub bardziej symetrycznie oba oczy mają znaleźć się po górnej stronie grzbietu, przeważnie zielonkawej, zbliżonej kolorem do otoczenia, wyglądającej jak leżący na dnie kamień. Zaś druga strona, już ślepa z boku staje się spodem ryby. Zaś na samym początku ich larwy wyglądają jak typowe ryby, ich wgląd naszemu ludzkiemu oku nie zwiastuje ich dualności. Turbot połączonymi siłami dwóch oczu widzi około 70 stopni, po 35 stopni na jedno oko – bardzo podobnie jak u człowieka.

Myślę, że na Grassie ta przedziwna ewolucja tektoniki twarzy prastarej ryby musiała zrobić duże wrażenie, wnętrze morza w dużej mierze jest dla nas odległe jak księżyc, jest to świat którego w pełni nigdy nie poznamy, świat w którym od zawsze lokowaliśmy morskie bóstwa i potwory.

Właśnie jemu Turbotowi, Grass powierza rolę wszech czasowego doradcy mężczyzn, jeśli rzecz dzieje się tu, na bagnach w delcie Wisły to właściwie komu?

Otóż ''Ludkom'' i ''Edkom'', tak właśnie nazywa pierwszych mieszkańców, tu skończę opisywanie książki, przypomnę tylko, że sam pisałem już o Pełkach.

Piszę już tyle, a nie powiedziałem jeszcze nic o Ilsebill, a przecież to dzieło o Niej.

Dlaczego piszę o Turbocie? Zapamiętałem książkę, jako lustro części świata który znałem, z jednej strony ceniłem proste dane z niezłym osadzeniem historycznym, z drugiej strony ciekawy byłem słynnego realizmu magicznego Grassa.

Zrobiłem przerwę w fotografowaniu rzeki, postanowiłem po raz kolejny skonfrontować się z Grassem, w maju ubiegłego roku zacząłem na głos w domu, czytać Sylwii Turbota, wciągnęliśmy się, powstała lista tematów do opracowania i miejsc do odwiedzenia. Po czterech rozdziałach wpadliśmy na pomysł, abym Turbota przeczytał online, przygotowaliśmy się do tego, złożyliśmy na ten cel wnioski stypendialne, stypendium nam przyznano – ja czytam Grassa, co drugi dzień, począwszy od wtorku 16.02, korzystając ze swojego kanału youtubie, godzina emisji to 14.00-14.45. Sylwia natomiast, podczas trwania projektu, wykona 9 ilustracji, które odpowiadać będą narracji zawartej w dziele, z perspektywy zamieszkałej niedawno na stałe w Gdańsku wielkopolanki.

Będę też w trakcie tych czytań i obok nich prezentował fotografie, czasem będziemy coś pisać, czasem podrzucimy cenny trop do samodzielnego zbadania między odcinkami. Nie znam bardziej wciągającej książki o Kaszubach, przyznam szczerze nie wszystkie dzieła autora byłem w stanie przeczytać, nie jestem też wielkim fanem Blaszanego Bębenka – choć przyznam, mam w planie przeczytać go ponownie – być może będę musiał zmienić zdanie, czytałem go dawno temu i bez zapału, uznałem że muszę przeczytać również Kot i Mysz, oraz Psie Lata w podobnym okresie.

Poprosiłem Sylwię o przygotowanie afiszu na miesiąc luty, nasza oferta kulturalna dla Państwa obliczona jest na aktywne trzy miesiące, pod koniec lutego zaprezentujemy kalendarz marcowy, sprawdzimy czy zaproponowana godzina jest dobra, staramy się pracować w świetle dziennym, stąd wybór godziny mojej audycji.

Afisz przedstawia wyspę na jednym z jezior Raduńskich, a być może Turbota, trafiłem na niego przypadkiem w trakcie lotu w poszukiwaniu Stolemów – celowo nie będę pisał kim są, zapraszam Państwa do własnych odkryć. Stolemów nie znalazłem, jest płastuga. Przy okazji podziękuję koledze, fotografowi i wybitemu pilotowi Kacprowi Kowalskiemu za odbycie powietrznego rejsu ze mną, w galerii znajdziecie Państwo fotografię przedstawiają plecy pilota-fotografa, nie trudno zauważyć że nie ma tam kabiny, lot odbywa się wiatrakowcem, jeśli mogę jakoś pomóc – to dodam że to taki wiropłat dwuśmigłowy o cechach kajaka, lot był krótki – ja ze sprzętem ważyłem wówczas około 110 kg, to za dużo – zabraliśmy mniej paliwa. Dzięki Kacper za Turbota.

Radunia sprawia nam radość i jest dla nas natchnieniem, górnolotnie mógłbym na tym skończyć, dzielimy się jednak serią prywatnych zdjęć z naszych telefonów z wyjść w rzekę. Myślałem, że ją znam, spędziłem tam w dzieciństwie wiele dni i kilka nocy, pierwsze próby wyjść w ramach nowego cyklu Radunia były niezadowalające, rzeka jest bardzo nieprzystępna na pewnych odcinkach, postanowiłem wtedy że nie ma innego sposobu jak skorzystać z patentów wędkarzy i zacząć fotografować Radunię z wody, z jej dna. Razem ze sprzętem ważę w rzece między 100 – 120 kg i powiem Państwu tyle, można w tej pozornie spokojnej rzece zniknąć w błocie, tu paradoksalnie dosłownie i z wielkim trudem kilka razy ratowała mnie Sylwia, która z racji zupełnie innej niż moja wagi jest znacznie lepszym błotniakiem niż ja. To był kabaret, żałujcie że tego nie widzieliście, skrzat wyciąga olbrzyma z błota przez 30 minut, kabaret, ale i realna walka o życie, szanuję tę siłę. Miejscowe legendy mówią o Redunicach nimfach wodnych, One właśnie tu wciągają kaszubskich młodzian pod wodę i porywają do lepszego spokojnego świata, powiem więcej zwyczaje Redunic pozwalały się wiązać Im z mężczyznami – jednak wybrany nie mógł spostrzec u wybranki błon między palcami, ani płetw – no nie wiem, ostatecznie mogę uznać że wciągało mnie po prostu wielokrotnie błoto. Dzielimy się dokumentacją, przewidzieliśmy szereg publikacji na najbliższe trzy miesiące – jednak pierwsza odsłona Raduni będzie miała miejsce późną jesienią i być może będzie obiektem rzeźbiarskim. Oficjalnie zatem ogłaszam, iż od wielu lat pracuję z Radunią, otwieram cykl prezentacji, temat będzie wracał przynajmniej przez dekadę i obejmie również część Wielkopolski.

Gdańsk zawsze robił na mnie ogromne wrażenie, Wielki Młyn zobaczyłem w wieku 5 lat, mając 20 pracowałem w laboratorium fotograficznym przy jednej z jego ścian, wtedy choć prawie identycznie wyglądał jednak inaczej, dziś niemal automatycznie za każdym razem chociaż na ułamek sekundy wracam do jego pierwszego obrazu, dzięki Turbotowi potrafię się cofnąć o kilkaset lat – Grass umie to narysować. Grass jest Niemcem, nie da się ukryć, Grass do dziś na kaszubach posiada liczną rodzinę, jego kuzynostwo liczy ponoć nawet 200 osób, Grass częścią siebie był Kaszubem, tym bardziej interesującym że jego Matka Helena z domu Knoff była Kaszubką pochodzącą z Kosznajderii leżącej w trójkącie Chojnice – Tuchola – Kamień Krajeński, Kosznajdrzy byli niemieckimi katolikami, którzy osiedlili się tu w XIV i XV wieku, przybyli z Dolnej Saksonii, zaś Ich dialekt zbliżony był do języka holenderskiego, na niedużym zwartym terytorium utrzymali odrębną kulturę ludową przejawiającą się chociażby w strojach ludowych. Doskonale dogadywali się przez 500 lat z miejscowymi kaszubskimi /i nie tylko/ sąsiadami, czasem stawali się ich współmałżonkami, społeczność przetrwała do 1945 roku, liczyła wtedy ponoć 9000 tysięcy osób. Zakładam, że Grass wiedział więcej, miał wyjątkowe dane, Jego głos jest dla mnie interesujący. Nie znałem tej historii, dziś już wiem, że być może znam potomków tej wspólnoty, cały szereg specyficznych miejscowych nazwisk, które wcześniej brałem za kaszubskie wydaje się być szeregiem nazwisk kosznajderskich. 500 lat, połowa tysiącletniej Polski – no to jednak robi wrażenie, ile wspólnot w naszej narodowej historii potrafiło się utrzymać na jednym terenie przez 500 lat? Wiemy, że niewiele, to imponujące, ale zagrzebane.

Babka Grassa, ta sama którą pod innym nazwiskiem poznajemy na kartoflisku na polu w Bysewie, czyli w dzisiejszych okolicach Walesa Air Port, żyła i pracowała właśnie tam, z tych pól patrząc w kierunku południowo – zachodnim Grassowie widzieli czarną plamę Wzgórz Szymbarskich, od kolejnych wielkich wzniesień dzieliła ich tylko odległa o kilkanaście kilometrów dolina Raduni, na którym jej drugim brzegu mieszkali Szlagowie – rolnicy, Grassowie rolnicy, często kowale – dlaczego o tym piszę? Staram się zwrócić uwagę na niezwykłą wiarygodność opisanych scen, po prostu czuję że widziałem na oczy te same miejsca i zjawiska, które zobaczył autor – zanim usiadł i napisał co napisał. To dobra lektura. Wątek zakończę wątkiem wielu spódnic Babki Grassa – tych samych pod którymi schował się dziadek Grassa uciekając przed pruskimi żandarmami - być może to właśnie element kosznajderskiego stroju, być może kaszubskiego, być może wspólnego. Mi osobiście ten opis bardziej przypomina stroje Poznańskich Bamberek niż Kaszubek, jak Państwo widzicie co zdanie to zagadka, miałem przecież mówić o Kosznajderkach.

Zapraszamy!

Nasze pomysły realizujemy, dzięki Stypendium Kulturalnemu Miasta Gdańska.

Grass czytał swoje książki na głos, w 2010 roku, nagranie audiobooka zajęło autorowi 1740 minut, według moich założeń równa się do naszym 41 spotkaniom, nie zakładam się, język niemiecki to nie język polski, sam jestem ciekaw.

Grass z kolei lubił zakłady, założył się kiedyś z kumplem że wyda książkę kucharską, czy napisał i wydał – tak i tym również jest Turbot, zatem mam wskazówkę – zjedzcie coś Państwo przed audycją, o jedzeniu też pięknie maluje słowem ten Pan.

Partner:
Gdańska Galeria Güntera Grassa